8 lis 2007

Hojni czy próżni?

Egzaminy połówkowe zbliżają się wielkimi krokami. Siedzę właśnie w wygodnym fotelu biblioteki Wydziału Biologii i Medycyny, jestem już dość zmęczona czytaniem, zaraz wracam do domu. Uprzedzam pytania: nie, nie studiuję tu medycyny ani biologii, po prostu lekarze i biolodzy mają najprzyjemniejszą i najnowocześniejszą bibliotekę, dlatego zdecydowałam się spędzać tu czas. Jest tu piękne akwarium z ogromnymi rybkami. I jest coś, co można znaleźć wszędzie w Izraelu, a co jest bardzo rzadko spotykane w Polsce. I o tym właśnie chcę napisać.
Od razu w pierwszym tygodniu mojego pobytu tutaj, a właściwie nawet wcześniej, kiedy zwiedzałam cmentarz żydowski w Warszawie, uderzyła mnie jedna rzecz. Tabliczki sponsorsko-fundatorskie. Są wszędzie. Na budynkach, w ogrodach, w bibliotekach, na ulicach. Na przykład „Alejka im. Abrahama X ufundowana przez jego kochającą żonę Riwkę." Albo „Skwerek ufundowany przez rodzinę Y im. pradziadka fundatorów”. Albo „Półka z kolekcją książek Mojżesza Z, im. jego rodziców”.Mam wrażenie, że w Izraelu każda najdrobniejsza rzecz musi mieć swojego fundatora, donatora, sponsora i być ku czci jego najbliższych. Czasem nawet tak prozaiczne miejsca jak bufet na kampusie uniwersyteckim!
Zastanawiam się, dlaczego tyle tych tabliczek jest. Czy świadczy to o szczodrości Żydów, którzy inwestują pieniądze w miejsca publiczne czy przeciwnie – o ich braku skromności i chęci kupienia sobie sławy potomnych? Trudno ocenić, w każdym razie gdyby w Polsce było więcej sponsorów, choćby pragnących zabłysnąć przed ludźmi złotymi tabliczkami, to wcale nie miałabym im za złe próżności, gdyby to rzeczywiście przyczyniało się do większej liczby miłych skwerków, alejek, nowych publikacji w bibliotekach.
Na razie nie pozostaje nic innego jak liczyć na dotacje i subwencje z Unii Europejskiej, która w Polsce odgrywa rolę głównego sponsora wszelkich przedsięwzięć infrastrukturalnych. Nigdy chyba nie zapomnę treści tabliczki, która wisi na zewnętrznej ścianie Urzędu Gminy w mojej rodzinnej wsi: „Kanalizacja ta została sfinansowana dzięki dotacji z Funduszu Unii Europejskiej…”

4 lis 2007

Sacrum i profanum

Sacrum i profanum

Kiedy jestem w Tel Awiwie, spaceruje po tym kosmopolitycznym, tętniącym życiem i nasyconym nowoczesnością mieście, to nieraz zastanawiam się, czy nazywanie Izraela Ziemią Świętą ma jakikolwiek sens. Wychodzę wieczorem na spacer, patrzę na gwieździste niebo nade mną i myślę: czy to naprawdę tu miały miejsca te wszystkie cudowne wydarzenia opisane w Biblii? Widzę żołnierzy i żołnierki z wielkimi karabinami na ulicy, w autobusie, w supermarkecie i jakoś nie pasuje mi to do wyobrażenia Ziemi Obiecanej, jakie miałam przed przyjazdem. Nawet wtedy, kiedy jestem w Jerozolimie, najświętszym ze świętych miejsc, jakie mogę sobie wyobrazić i widzę te tłumy turystów pstrykających setki zdjęć i kupujących tonę rupieci u arabskich sprzedawców, to też jakoś nie potrafię uwierzyć, że to jest właśnie miasto, które Bóg Izraela wybrał za swoje mieszkanie i miasto, w którym Jezus został ukrzyżowany i zmartwychwstał.
Ale z drugiej strony jest w Izraelu coś szczególnego, coś, czego nie spotkałam nigdzie indziej. Jest pewna atmosfera świętości, choć nie w każdym miejscu i nie w każdym momencie.
Bo gdy wychodzę wieczorem na spacer po okolicy, to zauważam, że wszystkie ulice mojej dzielnicy wzięły swe nazwy od imion proroków hebrajskiej Biblii… Spacerując przechodzę przez ulice Izajasza, Jeremiasza, Daniela, Malachiasza, Habakuka… Każdy prorok ma swą ulicę, żaden nie został pominięty. Kiedy wychodzę na spacer w piątkowy wieczór, to odświętnie ubrani w biel i czerń młodzi ludzie, wracający z synagogi, pozdrawiają mnie słowami: „Szabat szalom!”.
Niektórzy żołnierze mają nie tylko karabiny, ale i jarmułki na głowach. Każdego ranka na przystankach autobusowych i w autobusach, na ulicach i w parkach widzę ludzi z modlitewnikami w ręce, poruszających ustami, szepczących cicho modlitwy do Jedynego Boga. Nawet w na wskroś świeckim Tel Awiwie widok modlących się w miejscach publicznych ludzi nie jest dla nikogo zaskakujący ani śmieszny. Można bez skrępowania modlić się półgłosem czy śpiewać cicho psalmy idąc po ulicy bez obawy, że ktoś weźmie cię za chorego psychicznie człowieka, który mówi sam do siebie.
Tym bardziej w Jerozolimie każdy rodzaj ekspresji uczuć religijnych jest akceptowalny, pod warunkiem, że nie jest ostentacyjno-prowokacyjny. Mam tu na myśli na przykład wniesienie żydowskiego modlitewnika czy izraelskiej flagi na teren meczetu Al-Aksa, przyjście z krzyżem pod Ścianę Płaczu albo w jarmułce do Bazyliki Grobu Świętego. Procesje na klęczkach na Via Dolorosa, chasydzi tańczący pod Kotelem i muezini ryczący z głośników… atmosfera modlitwy jest równie mocno odczuwalna jak „turystyczność” Jerozolimy.
W ten weekend znów wybrałam się tam, do Jerozolimy właśnie i miałam okazję poznać to miasto właśnie od tej religijnej strony. W piątkowy wieczór poszłam pod Kotel (Kotel – to hebrajska nazwa Ściany Płaczu, inaczej: Zachodnia Ściana). Co tydzień gromadzi się tam mnóstwo pobożnych Żydów celebrujących początek szabatu. Nauczyłam się już melodii niektórych chasydzkich piosenek, poza tym udało mi się znaleźć na miejscu modlitewnik z angielskim tłumaczeniem hebrajskich modlitw, więc mogłam naprawdę włączyć się w „święcenie dnia świętego”. Może kogoś zaskoczy, czemu chrześcijanka modli się z Żydami akurat w tym miejscu… Dla mnie to proste: jedyna ściana, która pozostała z kompleksu Świątyni, przypomina o miejscu, w którym „Ojciec Nasz” mieszkał pośród swojego ludu. Zresztą, jeśli Jezus przychodził do Świątyni, aby modlić się, nauczać i uzdrawiać, to, czemu ja, która chcę go naśladować, miałabym tego nie robić?
W sobotę – poza chodzeniem po starym mieście i wyszukiwaniem stacji drogi krzyżowej między arabskimi stoiskami na Via Dolorosa – w sobotę najwspanialszy czas spędziłam w… Gehennie! Tak, Gehenna, po hebrajsku Ge bene Hinnom, czyli Dolina Synów Hinnoma, to podłużna niecka między wzgórzami Jerozolimy, u podnóża Góry Syjon. Teraz jest tam zielony, nieco zdziczały park – niewiarygodnie cichy zakątek tuż obok ruchliwej drogi, puste miejsce, do którego nie docierają wycieczki ani pielgrzymki. Odpoczywając w tym ustroniu, trudno było mi wyobrazić sobie, że przed setkami lat, dokładnie w tym miejscu, niewierni starożytni Izraelici poświęcali swoje dzieci jako całopalną ofiarę dla Molocha, że tutaj rzucano wszelkie brudy, ciała zwierząt i skazańców, aby skonsumował je niegasnący ogień…
A dziś – dziś miałam okazję zobaczyć nie tylko jak wygląda, ale też jak funkcjonuje Bazylika Grobu Świętego. To szczególny kościół, gdzie dosłownie każdy kawałek podłogi należy do innego chrześcijańskiego wyznania, gdzie katolicy i prawosławni, a także kościoły etiopski, ormiański, koptyjski i inne muszą znaleźć sposób na pokojowe koegzystowanie. I choć wierni wszystkich tych wyznań zgadzają się, co do statusu tego miejsca, w którym według tradycji Jezus został ukrzyżowany, pochowany i w którym zmartwychwstał, to jednak stosunki między poszczególnymi kosciolami nie zawsze układają się pokojowo. Podobno dochodzi nawet do bójek między mnichami! Nasz przewodnik opowiadał, że parę lat temu mnisi etiopscy i koptyjscy tak mocno zaangażowali się w walkę, że kilkunastu z nich zostało rannych, a izraelska policja musiała rozdzielać walczących!
Dziś przy grobie Chrystusa też stali izraelscy policjanci. Ale żadnych bójek nie było. Były natomiast dwie procesje, jedna zaraz po drugiej – franciszkańska i ormiańska. Były brązowe i czarne habity i kaptury, był blask świec, dźwięk dzwonów, zapach kadzidła i dymu, łacińskie i greckie modlitwy, chorały… Było uroczyście i bardzo podniośle. Można było sobie wyobrazić, że jakiś magiczny wehikuł przenosi nas do czasów krzyżowców..

28 paź 2007

Jerozolimskie impresje

Jestem z powrotem w Tel Awiwie, po dwóch dniach spędzonych na doświadczaniu Jerozolimy. Tak właśnie, na doświadczaniu, bo słowo zwiedzanie implikuje bierne oglądanie – a to miasto żyje i jego się doświadcza, wszystkimi zmysłami.
Wzrokiem - widzisz wspaniałe wzgórza, wąskie i ciemne uliczki Starego Miasta i jego majestatyczne mury i bramy, synagogi, kościoły, meczety, a pomiędzy tym wszystkim kolorowy tłum, widzisz futrzane czapy, chałaty, brody i pejsy ultraortodoksyjnych Żydów i długie, powłóczyste szaty muzułmańskich kobiet, widzisz owoce, materiały, biżuterię we wszystkich możliwych kolorach, widzisz przesiąknięte duchową atmosferą święta miejsca i budzące odrazę kiczowate dewocjonalia, bogactwo i luksus obok brudu i kurzu…
Słuchem – słyszysz dostojne dzwony kościołów, wściekłe klaksony samochodów i krzyki ulicznych sprzedawców, słyszysz muezinów zawodzących po arabsku z minaretów i głośników, słyszysz wesołe chasydzkie pieśni pod Ścianą Płaczu i pod oknami synagog, recytacje Koranu z magnetofonów ustawionych w arabskich sklepach, głosy wiernych rozważających stacje drogi krzyżowej na Via Dolorosa, śmiechy dzieci, które brzmią tak samo w każdym miejscu na świecie…
Dotykiem – wyczuwasz wytarte kamienie w świętych miejscach, lepkie od ciągłego dotyku milionów wiernych przez tysiące lat, gładzisz delikatne i miękkie materiały na stoiskach, możesz zatopić dłoń w worku niełuskanych jeszcze migdałów lub orzechów, możesz chwycic pieczywo przekazywane z rąk do rąk bez użycia papierka, poczujesz też ludzkie ciała, ocierające się o siebie w ciasnych i zatłoczonych ulicach i na bazarach…
Smakiem – próbujesz to wszystko, co Bliski Wschód ma do zaoferowania – aromatyczne, ciepłe, świeże, chrupiące, jeśli słodkie to niemalże do granic mdłości i jeśli tłuste to też bez ograniczeń…
Węchem – czujesz zapach świeżej mięty i korzennych przypraw sprzedawanych na ulicach, cytrusów, z których wyciska się sok, czujesz zapach chały, pity, bajgli prosto z pieca, zapach szabasowej kolacji, zapach kardamonowej tureckiej kawy, zapach tytoniu z fajki wodnej i smród rozkładających się śmieci i ekskrementów w brudnych zaułkach – intensywniejszy niż gdzie indziej…
A co myślisz? Sam nie wiesz, co myśleć… spotykasz tylu różnych ludzi, tyle różnych poglądów na świat i stylów życia, że potrzebujesz czasu, żeby to wszystko poukładać sobie w głowie…

Zdjęcia z Jerozolimy

27 paź 2007

Z Jerozolimy - krotko, acz bezposrednio

Jest 8.30 rano, siedze w hostelu w muzulmanskiej dzielnicy Jerozolimy, nieodpodal Bramy Damascenskiej prowadzacej do starego miasta. Popijam kawe i wcinam resztki szabasowej chaly, ktora kupilam wczoraj na targu Machane Jehuda w zydowskiej dzielnicy.
Jerozolima jest miastem tak niesamowitym w swej roznorodnosci, swietosci i niepowtarzalnosci, ze naprawde nie wiem, jak przekuc w slowa to, co widze, slysze, czuje i doswiadczam. Dlatego z opisem wrazen poczekam do jutra, do powrotu do "zwyklego" swiata - do Tel Awiwu. A teraz wyruszam, chlone dalej to miasto, w ktorym czuje sie zarazem bardzo obco, miedzy tymi kolorowymi straganami, krzyczacymi Arabami, pejsatymi ultraortodoksyjnymi Zydami, a jednoczesnie bardzo u siebie (bo wiem, ze tu sie wszystko zaczelo, moja religia, to, co wyznacza bieg mojego zycia, to, co jest fundamentem...

22 paź 2007

Jeruszalaim

Ciągle obiecuję sobie, że będę bardziej regularnie pisać na blogu o tym, co dzieje się w Izraelu, co mi się przydarza i co mnie zaskakuje, ale samo przeżywanie tego zabiera tyle czasu, że opisywanie schodzi na dalszy plan. Poza tym aklimatyzacja, znalezienie najlepszych hotspotów dla bezprzewodowego internetu, opanowanie tras autobusów, no i oczywiście studia, które okazały się być na znacznie wyższym poziomie niż przypuszczałam – to też zabiera czas. W dodatku oprócz hebrajskiego chodzę też (z własnej i nieprzymuszonej woli) na lekcje literackiego arabskiego. Myślałam, że będzie tu tak całkowicie błogo i wypoczynkowo, a okazuje się, że jest sporo do zrobienia. Całe szczęście to same przyjemne rzeczy, które mnie bardzo cieszą. Ale do rzeczy.

Wczoraj odwiedziliśmy Jerozolimę. My – to jest cała grupa stypendystów i niektórzy nasi Izraelscy znajomi. Dojazd z Jerozolimy do Tel Awiwu jest szybki i wygodny – miasta połączone są autostradą. Po drodze pola bawełny, pola zielonych roślin, pola żółtego kurzu i piękne wzgórza. Wystarczy niecała godzina, aby znaleźć się na miejscu, w całkiem innym świecie – bo Jerozolima i Tel Awiw to „dwie różne pary kaloszy”, miasta różniące się od siebie nie tylko wyglądem budynków, ale i wyglądem mieszkańców. Dwie różne twarze Izraela.

Ponieważ cała nasza grupa postanowiła spełnić patriotyczny obowiązek i wziąć udział w wyborach, a kolejka pod ambasadą była długa i posuwała się w żółwim tempie (średnia wieku komisji wyborczej - ok. 70 lat – w dużym stopniu wpłynęła na efektywność jej prac ;), do Jerozolimy wyruszyliśmy dopiero ok. 14. Całe popołudnie spędziliśmy w Yad Vashem. To niesamowite miejsce! Jako muzeum Szoa (Zagłady) mogłoby być całkowicie przytłaczające, przeażające i nieprzyjemne (jak np. muzeum na terenie obozu w Oświęcimiu), ale jest zupełnie inne. Położenie na stoku góry, otoczenie pięknych drzew, zasadzonych przez sprawiedliwych wśród narodów świata, kształt budynku muzeum, który przypomina tunel ze światłem nadziei na końcu i – cytując przewodniczkę – „najpiękniejszym widokiem na świcie” po wyjściu z tego tunelu – to wszystko przepełnione jest jakimś takim pokojem i ulgą, że chociaż było strasznie, to ten horror już się skończył i jest pięknie… Bardzo mnie to wzruszyło, w szczególności właśnie widok na wzgórza otaczające Święte Miast, który jakby czeka na zwiedzających Yad Vashem, jakby dla ukojenia oczu…

Po wyjściu z Yad Vashem i świetnej kolacji w arabskiej restauracji (o jedzeniu jeszcze będzie, bo to osobna historia) zaczęło się ściemniać, więc nie było czasu na zwiedzanie miasta. Zobaczyliśmy je tylko ze wzgórza, piękne, dostojne i wciąż święte. Czeka, aby je odkryć… a ja czekam na czwartek… bo wtedy Właśnie wybieram się tam po raz

Nowe zdjęcia z Tel Awiwu - już dostępne
Zdjęcia z Jerozolimy bardzo wkrótce ;)

19 paź 2007

Daktyle, kawa i sztuczna trawa

Powoli się przyzwyczajam do nowego otoczenia.
To, na czym najbardziej skupiam uwagę to język hebrajski. Po kilku dniach w Izraelu hebrajskie płotki i krzaczki przestały wyglądać tajemniczo. Jeśli chcesz normalnie (czytaj: w miarę niezależnie) funkcjonować w tym kraju, to musisz poznać alfabet. Bez tego nawet najprostsze czynności, o których normalnie się nie myśli, są wyzwaniem. Co prawda tutaj z każdym niemal dogadasz się po angielsku albo rosyjsku, ale przecież nie możesz za każdym razem pytać ludzi o to, czy to coś na półce w supermarkecie to jogurt, mleko, ser czy śmietana. Po tym jak 2 razy kupiłam w automacie mleko zamiast kawy, kolejne 2 razy kawę z cukrem (ohyda!) i raz jakiś mleczny napój o smaku budyniu i konsystencji kisielu, moja motywacja do nauki hebrajskiego znacznie wzrosła.
Przy okazji, napoje z automatu są tańsze niż w Polsce – na kampusie Uniwersytetu Telawiwskiego można kupić niezłą kawę nawet za 1 szekla, czyli 65 groszy. W Audmikasie UW moje ulubione mochaccino kosztuje 1,20 zł. Jestem chyba uzależniona od kaw z automatu…Wiem, że to proszek z cukrem, ale… w wakacje zawsze tęsknię za automatową kawą.
Kampus uniwersytecki wygląda jak wielki park. Trawa jest tak równa i zielona, że musiałam jej dotknąć i skubnąć, żeby uwierzyć, że nie jest sztuczna. Świetnie się tu chodzi na bosaka, tym bardziej, że tutaj to nie żaden obciach, ludzie są znacznie bardziej wyluzowani. Zresztą ze względu na temperaturę obowiązuje znacznie mniej formalny ubiór, szorty, bluzeczki na ramiączkach i klapki są na porządku dziennym.
Na kampusie rośnie sporo palm daktylowych. Po raz pierwszy zobaczyłam tu owoce daktylowca pod drzewami. Leżą sobie na trawie jak nasze jabłka czy śliwki. Po raz pierwszy spróbowałam świeżych daktyli… są żółte i słodkie i niewiele różnią się w smaku od suszonych.
Jest jeszcze jeden nieodłączny element kampusu: koty. Mnóstwo wielkich, leniwych kotów. Podobno każdy wydział ma swoje kocie stadko…


Dziś po południu wybrałam się do Azrieli – najnowszego centrum handlowego w Tel Awiwie. Wracając do domu pomyliłam autobusy. Komunikacja miejska w aglomeracji telawiwskiej to dla mnie wciąż zagadka… Autobusy nie mają w środku oznaczenia trasy tak jak w Warszawie i nie mają wyznaczonych dokładnych godzin kursów – na przystanku jest tylko napisane, że kursują np. co 10-20 minut. Jak uda się trafić w odpowiedni moment to świetnie, jak nie – to po prostu trzeba poczekać. W dodatku, jeśli kogoś zapytasz o drogę, to rzadko kiedy uzyskasz jednoznaczną odpowiedź. Nie to, że miejscowi są nieuprzejmi, wręcz przeciwnie, starają się zawsze pomóc i jeśli sami nie wiedzą, to pytają wszystkich wkoło. Problem w tym, że sami są mało zorientowani, bo większość korzysta z własnych samochodów (i stąd straszne korki). W każdym razie, wracając trafiłam przez przypadek w ciekawe miejsce - do Bein Brak, dzielnicy (a raczej miejscowości), gdzie mieszkają ortodoksyjni Żydzi. Po raz pierwszy widziałam takie zagęszczenie chałatów, pejsów, kapeluszy, peruk i chustek. Poczułam się jak w przedwojennej Polsce.

[opublikowano z jednodniowym opóźnieniem, teraz posty będą się pojawiać częsciej, bo mam już bezprzewodowy internet]

13 paź 2007

Pierwsze wrażenia

Nareszcie. Jestem w Izraelu! Nie mogę uwierzyć, że to się rzeczywiście dzieje…
Nie spałam od 30 (teraz jak to umieszczam to juz bedzie ze 36) godzin i jedyną rzeczą, która podtrzymuje mnie na wysokich obrotach są emocje. Wybaczcie moje poszarpane myśli i poszarpane zdania, ale nie chcę czekać z pisaniem i muszę na świeżo utrwalić to, czego doświadczam. Nawet gdyby forma miała na tym ucierpieć.

Lot.
Koszmar. Nigdy wcześniej nie bałam się tak w samolocie. Jeszcze w czasie rozpędzania na pasie startowym samolot chwiał się i trząsł w prawo i lewo, w górę i w dół. Pijany pilot? Przynajmniej takie było moje wrażenie. Kiedy już oderwaliśmy się od płyty lotniska, po kilku chwilach nagły wstrząs, czyjś krzyk i samolot w jednej chwili zachwiał się i opadł kilkanaście metrów w dół. Na szczęście zaczął od razu wzbijać się z powrotem w górę. Potem regularnie kilka „fal” turbulencji… Dla opanowania strachu modliłam się psalmami, popijałam czerwone wino i rozmawiałam z siedzącym obok Kamilem… o śmierci i o naszym podejściu do niej. Oczyma wyobraźni już widziałam jak podają w wiadomościach informację o tym, że rozbił się samolot na pokładziMieliśmy wylądować o 5.15, ale krążyliśmy nad Tel Awiwem jeszcze przez dodatkowe pół godziny, w oczekiwaniu na pozwolenie na lądowanie na lotnisku Ben Guriona. Chwilami miałam wrażenie, że Izraelici szybciej przeprawili się przed pustynię niż my przez przestworza. (Szczególnie jeśli dodać do tego czas oczekiwania na przejście przez kontrolę paszportową…)
W końcu jako grupa stypendialno-muzealna zostaliśmy przez panią z okienka odprawieni hurtem z pominięciem kolejki. Mit o tym, jak dokładnie sprawdzane są bagaże przed wjazdem do Izraela, runął. Nikt nie zajrzał nawet do mojej walizki. Gruba pani z okienka obdarzyła mnie tylko ciepłym uśmiechem i powiedziała „Hello, Marghta” (to było takie parysko-radiowe r a la Nina Terghentiew albo Piotrgh Krghaśko!) Nasi izraelscy znajomi czekali na nas z czerwonymi różami na lotnisku.
Po wyjściu z lotniska uderzyły mnie dwie rzeczy:
1. tu jest naprawdę gorąco (o 7 rano było już chyba ze 25 stopni) + ostre słońce
2. prawie wszystkie samochody są białe albo srebrne – oczywiście po to, by odbijać światło i nie nagrzewać się, i oczywiście mają klimatyzację…

Śniadanie
Nad morzem, na świeżym powietrzu. w starym porcie telawiwskim. Duże. Gadooool. Typowo izraelskie. Kilka rodzajów białych serów, tuńczyk, oliwki, ciepły chleb, jajka (w postaci jajecznicy, jajka sadzonego albo omleta), świeża sałatka z pomidorów, ogórków, sałaty, pietruszki, białej i czerwonej cebuli, kawa lub sok. Dla mnie oczywiście kawa. Razy dwa. Oprócz emocji potrzebuję jednak sztucznego wspomagania.
Siedząc przy deptaku zauważam, ze w Tel Awiwie coś takiego jak zakaz poruszania się w szabat nie obowiązuje. Ludzie biegają, truchtają, jeżdzą na rowerach. Widziałam nawet „baby jogging”. Jakiś szalony tatuś w sportowym stroju biegł i gnał przed sobą wózek z dzieciakiem.
Po drodze do mojego nowego domu zauważyłam mojego pierwszego ortodoksyjnego Żyda. Jak z obrazka: kapelusz, chałat, tałes, broda. I odpowiednio duży nos.

Rodzinka.
Miki i Rita. Plus suczka Czarnula (Blackie). Czuję się u nich bardzo dobrze. Szczególnie po prysznicu.

Mieszkanie.
Mam pokój w schronie. Każdy dom izraelski ma schron. Taki niewielki pokój, gdzie okno i drzwi są kuloodporne i można w razie zagrożenia ostrzałem zamknąć szczelnie (i po sześciu godzinach udusić się, Miki mnie ostrzegł). Okno jest otwarte, wiatr powiewa z podwórka. Na podwórku pięćdziesięcioletni kaktus. W odpowiedniej porze roku kwitnie – ale kwiaty pojawiają się tylko o wschodzie słońca.

Spacer.
Z Ritą po pięknym wielkim parku. Rozmawiamy mieszaniną polskiego, angielskiego i rosyjskiego. Rita pochodzi z Mołdawii, zna chyba wszystkie możliwe języki (a przynajmniej hebrajski, rosyjski, rumuński, ukraiński, niemiecki i jidysz). Z psem porozumiewa się po rosyjsku. („Stoj!”) Pies rozumie, bardzo posłusznie człapie bez smyczy tam, gdzie każe Rita. Gdy Blackie się załatwi na środku chodnika, Rita sprząta psią kupę do woreczka i wrzuca do śmietnika! Oby każdy był taki odpowiedzialny!

Dzieci i rodziny.
Park w szabat zapełniony rodzinami. Pikniki, grille, kocyki, krzesełka… Mnóstwo dzieci. Nie widziałam tylu dzieci od lat. Mrowie dzieci. Arabskich, żydowskich, czarnoskórych, śniadych... W parku aż kolorowo od ich ubranek. Liga Polskich Rodzin nie potrafiła by zgromadzić tylu wielodzietnych rodzin w jednym miejscu nawet gdyby chciała. A tu same się zbierają.

Zdjęcia z pierwszego dnia. Z czasem będą lepszej jakosci...