Przyjechałam z Warszawy na wieś, z myślą, że „na prowincji” czas płynie wolniej i z nadzieją, że będę miała możliwość lenić się i regenerować się przed wyjazdem do Izraela. Wczoraj okazało się, że z błogiego lenistwa nici, ale wcale mnie to nie martwi. Wręcz przeciwnie. Ale zacznijmy od początku…
Wczoraj rano wybrałam się do Częstochowy… na zakupy. A wylądowałam na zorganizowanej z okazji 65 rocznicy likwidacji częstochowskiego getta miejskiej grze terenowej – takich jakby-podchodach po miejscach związanych z częstochowską społecznością żydowską. 10 rywalizujących ze sobą drużyn z różnych częstochowskich szkół (w tym i mojego dawnego Traugutta) pokonywało trasę biegiem, po drodze zdobywając punkty za odpowiedzi na pytania o historię Częstochowy, kulturę i religię Żydów. Ja natomiast, przemierzałam trasę spokojnym spacerkiem, w towarzystwie Burta Schumana, pierwszego postępowego rabina w Polsce od 1939 roku, pana Seweryna Szperlinga, ocalałego z Zagłady, członka Światowego Związku Żydów Częstochowian i ich Potomków oraz redaktora częstochowskiej Gazety Wyborczej, Jarosława Sobkowskiego. Przyjemnie było się przespacerować po dawnej żydowskiej dzielnicy w moim rodzinnym mieście, a tym przyjemniej, że przewodnikiem był pan Seweryn, który pamiętał jak wszystkie te miejsca wyglądały przed laty.
Zakończeniem gry było uroczyste rozdanie nagród w miejscu dawnej rampy kolejowej, z której 22 września 1942 roku ruszyły pierwsze transporty do Treblinki. Po raz pierwszy miałam tam okazję usłyszeć na żywo, jak odmawia się kadisz…
A co ta cała gra ma wspólnego mojego z końcem mojego lenistwa? No cóż, podczas gry poznałam wielu ciekawych nowych ludzi, rozpoznałam też paru starych znajomych, umówiłam się na spotkania z ludźmi z częstochowskiej społeczności żydowskiej. Najbliższy miesiąc będzie więc dość aktywny, wypełniony spotkaniami, robieniem zdjęć, wyszukiwaniem materiałów i informacji, które pomogą mi w przygotowaniu prezentacji o współczesnej i dawnej Częstochowie. Prezentacja będzie jednym ze sposobów promowania Polski podczas spotkań z Izraelczykami.
W dodatku okazało się, że od Warszawy nie da się uciec. Wracam tam już jutro, bo w niedzielę przylatuje mój „host-father” z Izraela i jesteśmy umówieni na spotkanie. Świetnie! Poznam moją izraelską rodzinę zastępczą jeszcze przed wyjazdem z Polski!
Oto linki do artykułów w gazecie wyborczej dotyczących właśnie gry ulicznej i obchodów 65 rocznicy likwidacji getta:
Meta na Umschlagplatzu
Wezmą lekcję historii na ulicach Starego Miasta
Zdjęcia wkrótce!
21 wrz 2007
18 wrz 2007
Z Izraelczykami i bez po Warszawie
Chociaż minął dokładnie tydzień odkąd nasi izraelscy przyjaciele opuścili Polskę, ja ciągle „żyję” jeszcze wspomnieniami z ich pobytu tutaj.
Żyję hebrajskimi piosenkami, których nauczyła mnie Michal … nie mogę przestać śpiewać, że „Świat to wąski most, ale nie ma się czego bać” [Kol haolam kulo geszer car meod…] Czasem dla odmiany zanucę „Hawa nagila” albo „Hewenu szalom alechem”…
Żyję śmiesznymi powiedzonkami w stylu „Gadoooool!”…
Żyję naszą kilkunastoosobową polsko-izraelska listą dyskusyjną, która w ciągu 24 godzin jest w stanie wyprodukować ok. 40 maili.
Oczywiście, „żyję” też swoim wyjazdem do Izraela. Wiem, że ledwie za miesiąc będę tam, w Tel Awiwie, mam już załatwiony urlop naukowy na uczelni i pozałatwiałam większość spraw, które wypadało zamknąć przed wyjazdem, ale ciągle nie mogę uwierzyć, że spędzę semestr w tak niesamowitym miejscu!
Dzisiaj spędziłam cudowne popołudnie w Warszawie. Uwielbiam ten moment dnia, w którym ruch na ulicach wzmaga się, każdy gdzieś się spieszy, uczniowie wracają ze szkół, a ludzie pędzą z pracy do domu. W słoneczny dzień, taki jak dzisiaj, cały ten hałas i szum zdaje się topić pod czerwonawym słońcem. Ruch. Ciepło. Można naprawdę poczuć puls miasta. Kiedy przemierzam tak ulice i mogę obserwować - a może nie tyle obserwować, co czuć wokół siebie – tych wszystkich śpieszących się ludzi, wtedy w stu procentach czuję, że żyje. Oczywiście, tylko wtedy kiedy sama nie jestem częścią tego zwariowanego, zabieganego tłumu i mam chwilę na refleksję. Zwykle, kiedy mam na głowie tysiąc spraw i spieszę się, te najpiękniejsze godziny dnia przemykają mi przez palce. Dziś było inaczej.
Kręcąc się po rozkopanym Krakowskim Przedmieściu, po świeżo odnowionym Nowym Świecie, po Alejach Ujazdowskich i po Saskiej Kępie, chłonęłam Warszawę, jak tylko się da najgłębiej. Chociaż mam w sobie ogromne pragnienie, żeby uciec stąd jak najprędzej, zostawić to miasto i zaszyć się na wsi, to jednak trochę mi żal, że przez co najmniej trzy miesiące mnie tu nie będzie.
Chodząc sobie powoli po ulicach Warszawy, przypominałam sobie, jak wyglądał popołudniowy szczyt w Sydney: japiszony z City zakładające w biegu garniturki, perony kolejki zapełnione ludźmi, granatowe, różowe i czerwone armie umundurkowanych uczniów, dach Opery mieniący się na blado-różowo… To tam właśnie w Sydney odkryłam, że właśnie między godziną szestnastną a osiemnastą można doświadczyć 100 procent miasta. Jednocześnie, zastanawiałam się, jak wygląda popołudniowy szczyt w Tel Awiwie…
Sydney – to moje wczoraj, Warszawa – to moje dzisiaj, Tel Awiw – to moje jutro. Korci mnie, by zapytać co będzie pojutrze…
Rozmarzyłam się dziś i rozpłynęłam. A czuję, że winna jestem
1. wyjaśnienie – KOMENTATOROM [nielicznym, acz bardzo budującym]: przepraszam, że niektóre Wasze komentarze pojawiły się dopiero teraz. Jeszcze nie do końca ogarniam redagowanie bloga od strony technicznej, dopiero przedwczoraj zrozumiałam, na czym polega moderowanie komentarzy…
2. zdjęcia z pobytu Izraelczyków w Polsce: poniżej tylko kilka wybranych, a oto linki do 2 albumów w sieci:
Album Sarit
Album Michal
Nasze pierwsze "familijne" zdjęcie - z Pałacem na Wodzie w tle. Pozowaliśmy chyba z 10 minut - mam to samo zdjęcie jeszcze w kilkunastu ujęciach! Kolejne zdjęcia grupowe były już znacznie szybsze

Nie ma jak to zabawa w głuchy telefon. Szczególnie w języku znanym tylko połowie „przekazywaczy”. Zakłóceń na linii Warszawa – Tel Awiw było sporo. Szczególnie gdy wiadomość brzmiała „Księstwo Sieciecha”.
Część oficjalna Zuza-Tour. Cmentarz w Palmirach. To zdjęcie miało być spontaniczne… wszystko zepsułam.
Część nieoficjalna Zuza-Tour. Najlepsze Sushi w Łomiankach… ;] Tzn. jedyne sushi w Łomiankach, a najlepsze w Polsce. Nie wiem, bo nie byłam w stanie się skusić na surową rybę. Za to sprowałam owoców lychee, Ładnie wyglądały. Tak ładnie, że Michal zrobiła im zdjęcie. I mi też. Choć ja aż tak bardzo ładnie nie wyglądałam...
Żyję hebrajskimi piosenkami, których nauczyła mnie Michal … nie mogę przestać śpiewać, że „Świat to wąski most, ale nie ma się czego bać” [Kol haolam kulo geszer car meod…] Czasem dla odmiany zanucę „Hawa nagila” albo „Hewenu szalom alechem”…
Żyję śmiesznymi powiedzonkami w stylu „Gadoooool!”…
Żyję naszą kilkunastoosobową polsko-izraelska listą dyskusyjną, która w ciągu 24 godzin jest w stanie wyprodukować ok. 40 maili.
Oczywiście, „żyję” też swoim wyjazdem do Izraela. Wiem, że ledwie za miesiąc będę tam, w Tel Awiwie, mam już załatwiony urlop naukowy na uczelni i pozałatwiałam większość spraw, które wypadało zamknąć przed wyjazdem, ale ciągle nie mogę uwierzyć, że spędzę semestr w tak niesamowitym miejscu!
Dzisiaj spędziłam cudowne popołudnie w Warszawie. Uwielbiam ten moment dnia, w którym ruch na ulicach wzmaga się, każdy gdzieś się spieszy, uczniowie wracają ze szkół, a ludzie pędzą z pracy do domu. W słoneczny dzień, taki jak dzisiaj, cały ten hałas i szum zdaje się topić pod czerwonawym słońcem. Ruch. Ciepło. Można naprawdę poczuć puls miasta. Kiedy przemierzam tak ulice i mogę obserwować - a może nie tyle obserwować, co czuć wokół siebie – tych wszystkich śpieszących się ludzi, wtedy w stu procentach czuję, że żyje. Oczywiście, tylko wtedy kiedy sama nie jestem częścią tego zwariowanego, zabieganego tłumu i mam chwilę na refleksję. Zwykle, kiedy mam na głowie tysiąc spraw i spieszę się, te najpiękniejsze godziny dnia przemykają mi przez palce. Dziś było inaczej.
Kręcąc się po rozkopanym Krakowskim Przedmieściu, po świeżo odnowionym Nowym Świecie, po Alejach Ujazdowskich i po Saskiej Kępie, chłonęłam Warszawę, jak tylko się da najgłębiej. Chociaż mam w sobie ogromne pragnienie, żeby uciec stąd jak najprędzej, zostawić to miasto i zaszyć się na wsi, to jednak trochę mi żal, że przez co najmniej trzy miesiące mnie tu nie będzie.
Chodząc sobie powoli po ulicach Warszawy, przypominałam sobie, jak wyglądał popołudniowy szczyt w Sydney: japiszony z City zakładające w biegu garniturki, perony kolejki zapełnione ludźmi, granatowe, różowe i czerwone armie umundurkowanych uczniów, dach Opery mieniący się na blado-różowo… To tam właśnie w Sydney odkryłam, że właśnie między godziną szestnastną a osiemnastą można doświadczyć 100 procent miasta. Jednocześnie, zastanawiałam się, jak wygląda popołudniowy szczyt w Tel Awiwie…
Sydney – to moje wczoraj, Warszawa – to moje dzisiaj, Tel Awiw – to moje jutro. Korci mnie, by zapytać co będzie pojutrze…
Rozmarzyłam się dziś i rozpłynęłam. A czuję, że winna jestem
1. wyjaśnienie – KOMENTATOROM [nielicznym, acz bardzo budującym]: przepraszam, że niektóre Wasze komentarze pojawiły się dopiero teraz. Jeszcze nie do końca ogarniam redagowanie bloga od strony technicznej, dopiero przedwczoraj zrozumiałam, na czym polega moderowanie komentarzy…
2. zdjęcia z pobytu Izraelczyków w Polsce: poniżej tylko kilka wybranych, a oto linki do 2 albumów w sieci:
Album Sarit
Album Michal

Nie ma jak to zabawa w głuchy telefon. Szczególnie w języku znanym tylko połowie „przekazywaczy”. Zakłóceń na linii Warszawa – Tel Awiw było sporo. Szczególnie gdy wiadomość brzmiała „Księstwo Sieciecha”.
Część nieoficjalna Zuza-Tour. Najlepsze Sushi w Łomiankach… ;] Tzn. jedyne sushi w Łomiankach, a najlepsze w Polsce. Nie wiem, bo nie byłam w stanie się skusić na surową rybę. Za to sprowałam owoców lychee, Ładnie wyglądały. Tak ładnie, że Michal zrobiła im zdjęcie. I mi też. Choć ja aż tak bardzo ładnie nie wyglądałam...
2 wrz 2007
Dzisiaj jest dzisiaj
Po długich wakacjach od stałego łącza internetowego wracam do pisania. Przyznaję, że okropnie zapuściłam mój blog. Miałam zająć się przeszłością i historią lokalną, ale ten post nie będzie kontynuacją poprzedniego. Zostawiam przeszłość, jakakolwiek nie byłaby ważna i ciekawa, i robię skok do dnia dzisiejszego. Jak to określił ktoś z mojej chrześcijańskiej wspólnoty pewnego ranka po wieczornej modlitwie, podczas której wielu ludzi zostało uzdrowionych z różnych chorób: „Wczoraj działy się niesamowite rzeczy, ale dzisiaj jest dzisiaj”. Przed wojną Żydzi i Polacy żyli obok siebie i mieli swoje sprawy, problemy, konflikty, ale dzisiaj jest dzisiaj. Są nowe wyzwania i nowe radości.
Co zatem jest dzisiaj? Dzisiaj rano przyleciała do Warszawy grupa izraelskich studentów, którzy będą nas oprowadzać po Izraelu, kiedy nasza grupa dotrze tam w przyszłym miesiącu. Cieszyłam się na ich przylot, jakby to byli moi bliscy przyjaciele, chociaż przecież nigdy wcześniej ich nie spotkałam. A teraz, kiedy już ich poznałam, cieszę się jeszcze bardziej. To naprawdę niezwykłe, że można spędzić taki świetny dzień z ludźmi, których widzi się po raz pierwszy w życiu, z którymi rozmawiasz w obcym dla siebie i ich języku, którzy wychowali się w zupełnie innej kulturze i mają za sobą całkiem inne doświadczenie życiowe (np. obowiązkową służbę wojskową – także dziewczyny!). Niesamowite, jak może być śmiesznie razem i niesamowite, że można też szczerze pogadać o głębokich rzeczach. Ulica inspiruje… a dokładnie inspiruje koczująca przed Parkiem Łazienkowskim Młodzież Wszechpolska, np. do dyskusji o prawie do aborcji albo o społeczeństwie obywatelskim…
Miałam robić dużo zdjęć, ale nawet nie chciało mi się wyciągać aparatu z plecaka. Ale to u mnie standard, że kiedy dzieje się coś fajnego, to wolę w tym uczestniczyć niż to uwiecznić. Tym bardziej, że są tacy, którzy potrafią to uwiecznić lepiej i bardziej fachowo niż ja. Na przykład Chen, która studiuje dziennikarstwo i sztukę filmową i robi o nas film. Albo Asia, która ma foto-bloga , gdzie zapewne wkrótce pojawią się zdjęcia z dzisiejszych warsztatów integracyjnych (co za wariactwo! ale jaka frajda!), obiadu w Zapiecku (nie wiem, co koszerny kot zamiauczałby na piegorii ruskie ze skwarkami popijane zsiadłym mlekiem), spaceru po łazienkach i wieczornego koncertu, na który ja niestety nie dotarłam (ach ten dojazd!).
Jutro kolejny dzień z Izraelczykami – ruszamy do Muzeum Powstania Warszawskiego i na cmentarz żydowski. A wieczorem na Stare Miasto. A dziś już tylko ruszam w bety
Co zatem jest dzisiaj? Dzisiaj rano przyleciała do Warszawy grupa izraelskich studentów, którzy będą nas oprowadzać po Izraelu, kiedy nasza grupa dotrze tam w przyszłym miesiącu. Cieszyłam się na ich przylot, jakby to byli moi bliscy przyjaciele, chociaż przecież nigdy wcześniej ich nie spotkałam. A teraz, kiedy już ich poznałam, cieszę się jeszcze bardziej. To naprawdę niezwykłe, że można spędzić taki świetny dzień z ludźmi, których widzi się po raz pierwszy w życiu, z którymi rozmawiasz w obcym dla siebie i ich języku, którzy wychowali się w zupełnie innej kulturze i mają za sobą całkiem inne doświadczenie życiowe (np. obowiązkową służbę wojskową – także dziewczyny!). Niesamowite, jak może być śmiesznie razem i niesamowite, że można też szczerze pogadać o głębokich rzeczach. Ulica inspiruje… a dokładnie inspiruje koczująca przed Parkiem Łazienkowskim Młodzież Wszechpolska, np. do dyskusji o prawie do aborcji albo o społeczeństwie obywatelskim…
Miałam robić dużo zdjęć, ale nawet nie chciało mi się wyciągać aparatu z plecaka. Ale to u mnie standard, że kiedy dzieje się coś fajnego, to wolę w tym uczestniczyć niż to uwiecznić. Tym bardziej, że są tacy, którzy potrafią to uwiecznić lepiej i bardziej fachowo niż ja. Na przykład Chen, która studiuje dziennikarstwo i sztukę filmową i robi o nas film. Albo Asia, która ma foto-bloga , gdzie zapewne wkrótce pojawią się zdjęcia z dzisiejszych warsztatów integracyjnych (co za wariactwo! ale jaka frajda!), obiadu w Zapiecku (nie wiem, co koszerny kot zamiauczałby na piegorii ruskie ze skwarkami popijane zsiadłym mlekiem), spaceru po łazienkach i wieczornego koncertu, na który ja niestety nie dotarłam (ach ten dojazd!).
Jutro kolejny dzień z Izraelczykami – ruszamy do Muzeum Powstania Warszawskiego i na cmentarz żydowski. A wieczorem na Stare Miasto. A dziś już tylko ruszam w bety
6 sie 2007
Odkywam Amerykę w konserwach, czyli jak to było przed wojną
Udało mi się zebrać garść wspomnień o Żydach, którzy przed wojną mieszkali we wsi, z której pochodzę, w Miedźnie. Na razie rozmawiałam dopiero z kilkoma osobami z najbliższego otoczenia: babcią i dziadkiem, starszą siostrą babci i jej mężem oraz z 90-letnim sąsiadem. W tym mini-badaniu nie siliłam się na jakąś naukową poprawność, nie stosowałam żadnej określonej metodologii, wszelkie wyuczone na studiach socjologicznych instrukcje pt. "jak przeprowadzać wywiad" poszły do lamusa: zbieram te informacje zupełnie prywatnie i z czystej ciekawości. Zależy mi nie tyle na dokładnym odtworzeniu historycznej prawdy, co na zapoznaniu się ze wspomnieniami osób, które pamiętają przedwojenne czasy i mają w głowach choćby mglisty, ale oparty na bezpośrednim doświadczeniu, obraz polskich Żydów [a może to jednak jest pewne wstępne założenie, zdradzające socjologiczne podejście…]
I tak - od słowa do słowa, w miłej, nieformalnej atmosferze, przy herbacie i ciasteczkach - dowiedziałam się, że żydowskich rodzin w Miedźnie było nie kilka, ale co najmniej kilkanaście. Większość domów w pobliżu kościoła to były domy Żydów - a mieszkało ich po kilka spokrewnionych ze sobą rodzin na jednym placu. Wszystkie sklepy - z wyjątkiem jednego sklepu spółdzielni "Samopomoc Chłopska" - także były w rękach żydowskich. Było kilka żydowskich piekarni, krawiec, szewc, sklep z tekstyliami (czy jak to nazywają starsi ludzie "towarami"). Nie było żadnej specjalnej rzeźni, ale na jednym placu (zresztą tuż obok mojego domu), pewien stary Żyd zabijał dla wszystkich zwierzęta. Żydzi jedli tylko "przodek" z zabitych zwierząt, resztę mięsa sprzedawali Polakom. Sami zaś orientowali się świetnie w tym, u którego gospodarza właśnie ma się urodzić cielątko i od razu skupowali takie młode zwierzę.
Była w Miedźnie także bóżnica! Początkowo zaczęto ją budować tuż przy kościele, ale pojawiły się protesty ze strony Polaków, że to tak niezręcznie, żeby synagoga stała zaraz obok kościoła, i w końcu drewniany budynek (z wyglądu podobno przypominający zwykłą szopę) stanął w innym miejscu, gdzieś w podwórku, z dala od drogi. Z tego co się dowiedziałam, modlili się tam tylko mężczyźni, podczas gdy kobiety zostawały w domach. Co sobotę zbierali się tam "skakali", "rozkładali ręce", "szwargotali po swojemu". Mój sąsiad zapamiętał tradycyjne śluby pod baldachimem i nakryte białymi płachtami szałasy stawiane w święto Kuczek ("tak jakoś przed kopaniami", tj. przed wykopkami). Kiedy natomiast zapytałam o to, czy pamięta jakieś żydowskie pogrzeby, to powiedział, że tutejsi Żydzi to były "krzepkie chłopy" i nie przypomina sobie, żeby ktoś umarł.
Co jeszcze zapamiętali ludzie, których pytałam? O tym wkrótce.
I tak - od słowa do słowa, w miłej, nieformalnej atmosferze, przy herbacie i ciasteczkach - dowiedziałam się, że żydowskich rodzin w Miedźnie było nie kilka, ale co najmniej kilkanaście. Większość domów w pobliżu kościoła to były domy Żydów - a mieszkało ich po kilka spokrewnionych ze sobą rodzin na jednym placu. Wszystkie sklepy - z wyjątkiem jednego sklepu spółdzielni "Samopomoc Chłopska" - także były w rękach żydowskich. Było kilka żydowskich piekarni, krawiec, szewc, sklep z tekstyliami (czy jak to nazywają starsi ludzie "towarami"). Nie było żadnej specjalnej rzeźni, ale na jednym placu (zresztą tuż obok mojego domu), pewien stary Żyd zabijał dla wszystkich zwierzęta. Żydzi jedli tylko "przodek" z zabitych zwierząt, resztę mięsa sprzedawali Polakom. Sami zaś orientowali się świetnie w tym, u którego gospodarza właśnie ma się urodzić cielątko i od razu skupowali takie młode zwierzę.
Była w Miedźnie także bóżnica! Początkowo zaczęto ją budować tuż przy kościele, ale pojawiły się protesty ze strony Polaków, że to tak niezręcznie, żeby synagoga stała zaraz obok kościoła, i w końcu drewniany budynek (z wyglądu podobno przypominający zwykłą szopę) stanął w innym miejscu, gdzieś w podwórku, z dala od drogi. Z tego co się dowiedziałam, modlili się tam tylko mężczyźni, podczas gdy kobiety zostawały w domach. Co sobotę zbierali się tam "skakali", "rozkładali ręce", "szwargotali po swojemu". Mój sąsiad zapamiętał tradycyjne śluby pod baldachimem i nakryte białymi płachtami szałasy stawiane w święto Kuczek ("tak jakoś przed kopaniami", tj. przed wykopkami). Kiedy natomiast zapytałam o to, czy pamięta jakieś żydowskie pogrzeby, to powiedział, że tutejsi Żydzi to były "krzepkie chłopy" i nie przypomina sobie, żeby ktoś umarł.
Co jeszcze zapamiętali ludzie, których pytałam? O tym wkrótce.
31 lip 2007
Żydzi w mojej wsi
Niedawno przeczytałam „Dwór” i „Spuściznę” Isaaca Bashevisa Singera. Piszę „przeczytałam”, ale bardziej właściwe będzie określenie, że „wchłonęłam” te książki. W międzyczasie czytuję też z różnych źródeł opowiadania i przypowiastki chasydzkie. Najbardziej spodobały mi się opowieści o duchach, aniołach i demonach zredagowane przez Martina Bubera. I chociaż atmosfera tych fantastycznych opowieści wydaje się całkowicie egzotyczna, a zwyczaje opisanych tam ludzi – obce, to czytając miałam wrażenie, że ta niemal baśniowa rzeczywistość jest tuż obok, w zasięgu ręki, na moim podwórku. A to coś o cadyku z Lelowa, a to o rabim ze Szczekocin albo z Góry Kalwarii… Przecież te miejscowości nadal istnieją i może kryją niejedną tajemnicę dawnych mieszkańców!
To czytanie zainspirowało mnie do zajęcia się historią Żydów, którzy żyli kiedyś w moich rodzinnych stronach, tzn. w okolicach Częstochowy. Wiedziałam, że na pewno było ich wielu, ale dopiero niedawno dowiedziałam się, że w dwudziestoleciu międzywojennym około 30 procent mieszkańców Częstochowy stanowili Żydzi! Historią Żydów z Częstochowy na pewno zajmowało się wielu historyków i pewnie z łatwością można dotrzeć do jakichś opracowań na temat.
Ale zapewne nikt nie poświęcił do tej pory szczególnej uwagi Żydom z mojej wsi, Miedźna. A po wstępnym rekonesansie wiem, że mieszkało tu kilka żydowskich rodzin. Ciekawie, jak wyglądało życie tych ludzi? I co się z nimi stało? Czy wszyscy zginęli podczas Zagłady? Czy komuś udało się przetrwać? A może żyje do tej pory, np. w Izraelu i może nawet uda mi się kogoś takiego odszukać?
Do 10 sierpnia jestem w domu i może uda mi się poszukać odpowiedzi przynajmniej na niektóre pytania.
To czytanie zainspirowało mnie do zajęcia się historią Żydów, którzy żyli kiedyś w moich rodzinnych stronach, tzn. w okolicach Częstochowy. Wiedziałam, że na pewno było ich wielu, ale dopiero niedawno dowiedziałam się, że w dwudziestoleciu międzywojennym około 30 procent mieszkańców Częstochowy stanowili Żydzi! Historią Żydów z Częstochowy na pewno zajmowało się wielu historyków i pewnie z łatwością można dotrzeć do jakichś opracowań na temat.
Ale zapewne nikt nie poświęcił do tej pory szczególnej uwagi Żydom z mojej wsi, Miedźna. A po wstępnym rekonesansie wiem, że mieszkało tu kilka żydowskich rodzin. Ciekawie, jak wyglądało życie tych ludzi? I co się z nimi stało? Czy wszyscy zginęli podczas Zagłady? Czy komuś udało się przetrwać? A może żyje do tej pory, np. w Izraelu i może nawet uda mi się kogoś takiego odszukać?
Do 10 sierpnia jestem w domu i może uda mi się poszukać odpowiedzi przynajmniej na niektóre pytania.
20 lip 2007
Nowy Testament z żydowskiej perspektywy
Odkąd tylko dowiedziałam się, że jadę do Izraela, nie przestaje nurtować mnie temat relacji między judaizmem a chrześcijaństwem. Do tej pory patrzyłam na zależności między wiernymi Starego Przymierza a wiernymi Nowego Przymierza w kategoriach zestawienia podobieństw (np. chrześcijanie i żydzi* wierzą w Jednego Boga i uznają księgi Starego Testamentu) i różnic (żydzi przestrzegają Prawa i nie uznają Jezusa za Mesjasza, a chrześcijanie na odwrót). Te oczywistości przestają być takie oczywiste, jeśli weźmie się pod uwagę Żydów Mesjanistycznych. Kto to taki? Kliknij tu, żeby przeczytać wyjaśnienie z Wikipedii, a tu , aby obejrzeć portal Społeczności Mesjańskiej z Koszalina (ciekawe artykuły i nauczania).
Po raz pierwszy usłyszałam o takich ludziach rok temu od mojej koleżanki Justyny. Nie wnikałam jednak w ten temat, podczas krótkiego spotkania nie było zresztą czasu, żeby się dopytywać. Justyna poleciła mi też wtedy „Komentarz żydowski do Nowego Testamentu” Davida H. Sterna, ale dopiero wczoraj miałam okazję bliżej zapoznać się z fragmentami tej fascynującej książki. Na początku myślałam, że to kolejna cegła napisana nadętym językiem, pełnym długich i niezrozumiałych słów z terminologii teologicznej (np. eschatologia, grrr… nie cierpię tego słowa!). Ale po przeczytaniu kilku fragmentów, dostępnych w Internecie na stronie katolik.pl (polecam, można je przeczytać tutaj) okazało się, że to świetna pozycja, dzięki której można popatrzeć na Nowy Testament w całkiem świeży sposób i zrozumieć wiele z tego, co do tej pory wydawało się niejasne! Teraz rozumiem, co miała na myśli Justyna, pisząc o „zaczytywaniu się” tą książką. Minusem "Żydowskiego komentarza..." jest jego rozmiar i cena (ok. 150 zł), więc pewnie jestem skazana na jedyny egzemplarz dostępny na miejscu w BUWie. Chyba że ten tekst czyta jakiś bogaty sponsor, a jeszcze lepiej bogaty sponsor i silny tragarz…
* Jakoś dziwnie wyglądają mi żydzi z małej litery, chociaż tak jest poprawnie ortograficznie (nazwy narodowości z dużej litery, a więc Żydzi, Polacy, Holendrzy, a nazwy wyznawców religii z małej a więc żydzi, chrześcijanie, muzułmanie). Od tej pory jeśli będę pisać „żydzi” to znaczy, że poruszam się w kategoriach wyznaniowych, a „Żydzi” w kategoriach narodowościowych. Choć, nawiasem mówiąc, ścisłe rozdzielanie osób narodowości żydowskiej i osób wyznania mojżeszowego to karkołomne zadanie. Dlatego też z góry przepraszam za wszelkie niekonsekwencje.
Po raz pierwszy usłyszałam o takich ludziach rok temu od mojej koleżanki Justyny. Nie wnikałam jednak w ten temat, podczas krótkiego spotkania nie było zresztą czasu, żeby się dopytywać. Justyna poleciła mi też wtedy „Komentarz żydowski do Nowego Testamentu” Davida H. Sterna, ale dopiero wczoraj miałam okazję bliżej zapoznać się z fragmentami tej fascynującej książki. Na początku myślałam, że to kolejna cegła napisana nadętym językiem, pełnym długich i niezrozumiałych słów z terminologii teologicznej (np. eschatologia, grrr… nie cierpię tego słowa!). Ale po przeczytaniu kilku fragmentów, dostępnych w Internecie na stronie katolik.pl (polecam, można je przeczytać tutaj) okazało się, że to świetna pozycja, dzięki której można popatrzeć na Nowy Testament w całkiem świeży sposób i zrozumieć wiele z tego, co do tej pory wydawało się niejasne! Teraz rozumiem, co miała na myśli Justyna, pisząc o „zaczytywaniu się” tą książką. Minusem "Żydowskiego komentarza..." jest jego rozmiar i cena (ok. 150 zł), więc pewnie jestem skazana na jedyny egzemplarz dostępny na miejscu w BUWie. Chyba że ten tekst czyta jakiś bogaty sponsor, a jeszcze lepiej bogaty sponsor i silny tragarz…
* Jakoś dziwnie wyglądają mi żydzi z małej litery, chociaż tak jest poprawnie ortograficznie (nazwy narodowości z dużej litery, a więc Żydzi, Polacy, Holendrzy, a nazwy wyznawców religii z małej a więc żydzi, chrześcijanie, muzułmanie). Od tej pory jeśli będę pisać „żydzi” to znaczy, że poruszam się w kategoriach wyznaniowych, a „Żydzi” w kategoriach narodowościowych. Choć, nawiasem mówiąc, ścisłe rozdzielanie osób narodowości żydowskiej i osób wyznania mojżeszowego to karkołomne zadanie. Dlatego też z góry przepraszam za wszelkie niekonsekwencje.
11 lip 2007
„Goebbels w koloratce” i „żydowskie lobby”
Chociaż obraźliwe i antysemickie wywody Ojca Dyrektora w mediach zeszły na dalszy plan ze względu na polityczne zamieszanie wokół koalicji, cała ta afera dała mi trochę do myślenia. Nie to, żebym czuła się zaskoczona słowami Rydzyka, bo przecież tego typu wypowiedzi można się było po nim spodziewać. To, co mnie zastanawia, to ta „cyniczna i przewrotna mentalność talmudyczna” (hasło jak z przemówienia pierwszego sekretarza). A także pogląd, iż trudno znaleźć platformę porozumienia między etyką katolicką a chrześcijańską (sic! wg Rydzyka etyka chrześcijańska jest skażona protestantyzmem i w związku z tym jakaś spaczona! – o zgrozo…), nie mówiąc już o jakimkolwiek zgodzeniu jedynie słusznej etyki katolickiej z tą wstrętną, cyniczną i przewrotną etyką talmudyczną. Najbardziej zaś uderza mnie fakt, że powyższe bzdury kładzie się do głowy nie tylko starszym paniom o charakterystycznym nakryciu głowy, ale młodym ludziom, studentom!
Przy tej okazji zastanawiam się, w ilu miejscach na świecie podobni demagodzy nauczają np. o przewrotnej mentalności ewangelicznej, powołując się na przykłady współczesne i historyczne. Założę się, że w bardzo wielu... być może będę miała okazję przekonać się o tym na własnej skórze podczas mojej podróży na Bliski Wschód i kontaktów z Żydami i Arabami. Zapewne w niejednej szkole wyznaniowej, meczecie czy stacji radiowej w stylu Radia Maryja mówi się o cynicznych i pełnych hipokryzji chrześcijanach, zgniłej i bezbożnej kulturze Zachodu, z którą nie warto wchodzić w dialog…
Dialog jest kosztowny. Wymaga pewnego „wystawienia się”, otwarcia i zaufania drugiej stronie. Nie daje żadnej gwarancji na wymierne rezultaty, a jedynie nadzieję. Daje za to szanse zaprezentowania się w bezpośredni sposób i możliwość pokazania, jakim się jest naprawdę, jak również zobaczenia z bliska tej drugiej strony (a nuż okaże się, że to człowiek, a nie potwór / szatan / bezbożnik / cynik, itp.)
Ciekawi mnie, jak wyglądałoby bezpośrednie spotkanie Ojca Tadeusza z aktywistami Centrum Szymona Wiesenthala, gdyby tak mogli odrzucić etykietki „żydowskie lobby” i „Goebbels w koloratce” i stanąć twarzą w twarz, jak człowiek z człowiekiem…
P.S. z innej beczki
Nadal nie mam pomysłu na typowo polskie jedzonko. Jedyne co mi się kojarzy z Polską (chociaż ja się akurat nauczyłam piec placki w Australii), jest proste do zrobienia i nie stwarza problemów z koszernością, to placki ziemniaczane… Mało… Pomocy…
Przy tej okazji zastanawiam się, w ilu miejscach na świecie podobni demagodzy nauczają np. o przewrotnej mentalności ewangelicznej, powołując się na przykłady współczesne i historyczne. Założę się, że w bardzo wielu... być może będę miała okazję przekonać się o tym na własnej skórze podczas mojej podróży na Bliski Wschód i kontaktów z Żydami i Arabami. Zapewne w niejednej szkole wyznaniowej, meczecie czy stacji radiowej w stylu Radia Maryja mówi się o cynicznych i pełnych hipokryzji chrześcijanach, zgniłej i bezbożnej kulturze Zachodu, z którą nie warto wchodzić w dialog…
Dialog jest kosztowny. Wymaga pewnego „wystawienia się”, otwarcia i zaufania drugiej stronie. Nie daje żadnej gwarancji na wymierne rezultaty, a jedynie nadzieję. Daje za to szanse zaprezentowania się w bezpośredni sposób i możliwość pokazania, jakim się jest naprawdę, jak również zobaczenia z bliska tej drugiej strony (a nuż okaże się, że to człowiek, a nie potwór / szatan / bezbożnik / cynik, itp.)
Ciekawi mnie, jak wyglądałoby bezpośrednie spotkanie Ojca Tadeusza z aktywistami Centrum Szymona Wiesenthala, gdyby tak mogli odrzucić etykietki „żydowskie lobby” i „Goebbels w koloratce” i stanąć twarzą w twarz, jak człowiek z człowiekiem…
P.S. z innej beczki
Nadal nie mam pomysłu na typowo polskie jedzonko. Jedyne co mi się kojarzy z Polską (chociaż ja się akurat nauczyłam piec placki w Australii), jest proste do zrobienia i nie stwarza problemów z koszernością, to placki ziemniaczane… Mało… Pomocy…
Subskrybuj:
Posty (Atom)