16 lis 2007

Bo jutro może nie nadejść

Dziś byłam świadkiem niesamowitego zgromadzenia: kilkuset (tak kilkuset, to nie żart ani nie pomyłka!) par wirujących na parkiecie ogromnej sali gimnastycznej. Co w tym niecodziennego? Przecież mnóstwo osób chodzi na dyskoteki i do klubów, gdzie ludzie tańczą… Tak, ale tu, na tej sali, wszyscy wykonują te same kroki, te same sekwencje ruchów zgodnie z instrukcją nauczyciela. „Echad, sztajm, szalosz, arba…. Siwuw, stajm, szalosz, arba… Kadima..*” Z głośników płynie żydowska muzyka, prawie wyłącznie żydowska muzyka z różnych stron świata… Niektóre brzmią znajomo – to te, które pochodzą z terenów Polski. W innych słychać wpływy arabskie, greckie lub bułgarskie. A niektóre są po prostu izraelsko-syjonistycze, o tym, jaka tu, w Erec Izrael, jest piękna przyroda, jak ten kraj budowali pionierzy, itp., itd.… „Tu się urodziłem, tu się urodziły moje dzieci, tu zbudowałem swój dom pracą własnych rąk…”. Wśród tańczących par są ludzie w moim wieku, ale też ludzie w wieku moich rodziców i dziadków. Atmosfera radości: widać, że dla każdego taniec to przyjemność, relaks i zabawa. A jednocześnie – co zdumiewające, naprawdę bardzo dobrze im to wychodzi! Jestem pod wrażeniem! Nigdy nie widziałam tylu ludzi tańczących tak dobrze!
W innej sali, w tym samym budynku, są zajęcia dla początkujących. Taniec w kręgu. Moja nowa izraelska mama, Chawa, zabrała mnie na lekcje. Pomijając fakt, że nie rozumiałam instrukcji nauczyciela, muszę przyznać, że było świetnie… Za tydzień idę znów! A może nawet wcześniej niż za tydzień, bo lekcje tańca izraelskiego są w różnych miejscach w różne dnie tygodnia. Codziennie można w Tel Awiwie znaleźć miejce, gdzie setki ludzi gromadzą się, aby zrelaksować się przy muzyce i nauczyć nowych kroków.
Mam wrażenie, że Izraelczycy znacznie częściej niż Polacy śpiewają, podśpiewują, tańczą. Czasem na ulicy można spotkać kogoś, kto sobie na głos nuci jakąś melodyjkę. Przed Ścianą Płaczu też niekoniecznie się płacze: więcej tam tańczących i śpiewających niż ocierających łzy. Zarówno licealiści, młodzież ze szkół religijnych, jak i dostojni brodaci chasydzi formują koła i kołyszą się podśpiewując albo wręcz skandując, że jest jeden Bóg, nasz Bóg, że On da pokój, itp., itd…
W drodze powrotnej z tańców, Chawa powiedziała, że Izraelczycy są hiperaktywni i żyją tak intensywnie jakby jutro miało nigdy nie nadejść. Rzeczywiście, trudno się nie zgodzić. Obserwując moją izraelską rodzinę i znajomych odnoszę wrażenie, że każdy ma tu jakąś pasję – czy to taniec, czy kabała, czy brydż – nie do wyobrażenia jest, żeby po prostu przyjść z pracy lub szkoły do domu i oglądać telewizję albo czytać gazetę cały wieczór. Carpe diem!


*„Raz, dwa, trzy, cztery…. Obrót, dwa, trzy, cztery… Naprzód…”

3 komentarze:

joanna pisze...

Marto,
wlasnie przeczytalam, Twoj blog od czasu naszego przyjazdu do Erec. Wiec musze Ci powiedziec, ze mamy czesto zupelnie rozne spostrzezenia. Co do jerozolimy zwlaszcza. Pewnie dlatego, ze ja wychodze z pozycji agnostycznej. Wiec mnie Jerozolima wymeczyla i podziwaim, ze mialas ochote wybrac sie tam na kolejny wekend. Nie napisalas, ze umiesz sie targowac i to wytargowac buciki. Poza tym uwazam, ze przesadzasz z tym lotem - zygzag w powietrzu byl naprawde fajny, ale ze potem rozmawialac z kamilem o smeirci, to nie slyszalam. To chilijskie wino musialo na Was podzialac.
Moj Tel Aviv jest inny niz Twoj. Moj jest osowjonym nawet jak autobusy dziwacznie w nim chodza. Jerozolima jest dzika. I zbyt duzo naraz impulsow z niej sie wydziela, jak zapachow i innych zmyslow, ktore tak pieknie opisalas.
Nie mysle o Tel Avivie jako miejscu, ktore kiedys Bog sobie wyznaczyl. Tel Aviv wyznaczyli sobie tylko i wylocznie Zydzi, i to Ci wspolczesni, na tyle zasymilowani, by wybudowac to niezykle, eklektyczne miasto. Wiec jak patrze w niebo nad Tel Avivem, to w igole o Bogu nie mysle, tylko mysle raczej o niczym, albo po prostu, ze to jest moj, osowjony, moj europejski, wygenerowanyy przez Zydow, ktorych nie chiano w Europie (a przeciez tak bardzo europesjkich), wiec to jest moj Tel Aviv
Wiec po co agnostyczce Israel?
To kolejna zagadka.
Na pewno odpowiedzia bledna jest pielgrzymowanie w moim wypadku.
Wiec Izrael to istny fenomen.
A tak w ogole pozdrawiam i mam nadzieje, ze nie wcisne teraz jakies guzika i nie skasuje wszysstkiego.
No a na tance musiz nas koniecznie zabrac!
a.

Marta pisze...

Nasze spostrzeżenia są różne, choć... nie do końca. Kiedy czytam Twojego bloga to identyfikuje się z wieloma Twoimi odczuciami. Na przykład to poczucie obcości w Jerozolimie, poczucie, że "wszyscy widzą, że jesteś nie stąd, że przebywasz tu na prawach gościa. I większość chce tego gościa zagładzić, zatargować, zaszczuć pytaniami, zaanektować spojrzeniami." Mimo całej mojej fascynacji Jerozolimą - czuję dokładnie to samo!

Zygzak w samolocie. Nie rozumiem, jak mogliście to wszyscy tak spokojnie przeżyć. Dla mnie to było naprawdę traumatyczne. Do tej pory uwielbiałam latać i przelot był dla mnie zawsze cześcią przyjemności z wycieczki. Ale po tym nagłym tąpnięciu z niepokojem myślę o tym, że jakoś trzeba z tego Izraela wrócić… I że zapewne ani nie statkiem, ani nie lądem przez Liban, Syrię i Turcję.

Targowanie... hm, nie wiem, czy umiem się targować... lubię w każdym razie, ale muszę mieć na to odpowiedni nastrój. Zapytaj Jagody i Eli: dziś na Szuk HaKarmel straciłam cierpliwość do przeciskania się między stoiskami i wymiękłam. Poza tym targowanie idzie mi dobrze tylko z Arabami, z Żydami tak nie potrafię.
Największym komplementem było dla mnie to jak pewien Arab zapytał, czy targowania nauczyła mnie moja żydowska rodzin [no bo oczywiście w Długim procesie zbijania ceny musiałam mu opowiedzieć, co robię w Izraelu, po co tu przyjechałam, gdzie mieszkam]. Otóż nie, targować nauczył mnie tata. Czasem zdarzało nam się spędzać cały wieczór albo kilka dni na jakiejś błahej transakcji z Arabami. Tak dla zabawy.  Poza tym dla mnie targowanie to sposób na oswojenie środowiska, na czucie się mniej giaurem/gojem, a bardziej swoim.

A co do Tel Awiwu – to odkąd przeprowadziłam się z sypialnianego przedmieścia Ramat Chen do cudownego Ramat Awiwu, mój pogląd na to miasto się zmienia. Coraz bardziej je lubię, coraz lepiej się tu czuję. Jeszcze będę o tym pisać.

Lehitraot!


P.S.
Czule się mile połechtana, że słowo „soból” na określenie ortodoksa w czapie weszło do obiegu.

joanna pisze...

A widzisz, neosemnatyzm stworzylas. Przepraszam, ze tylko tyle, ale i tak zaraz u mnie bedziesz, a ja z racji temperatury niewiele jestem w stanie pisac.
pozdr